Wywiad z Andrzejem H. Wojaczkiem

Rozmawiamy z Andrzejem H. Wojaczkiem z okazji premiery książki ,,Ciernie i osty” rozpoczynające trylogię ,,Żniwo Ognia”, które ukażą się 15 października.

Wielu czytelników z niecierpliwością oczekuje na kontynuację cyklu ,,Wrzeciono Boga”, czyli na ,,Ciernie i osty” rozpoczynające trylogię ,,Żniwo Ognia”, które ukażą się 15 października. Dla innych ta książka będzie pierwszym spotkaniem z Pana literaturą. Czy mógłby Pan opowiedzieć historię, która doprowadziła do napisania ,,Wrzeciono Boga”?

Nie byłoby „Wrzeciona Boga” gdyby nie Teofil – urodzony na początku ubiegłego stulecia chłopak spod Rybnika – uczeń pruskiej szkoły, powstaniec śląski, ułan-kawalerzysta, działacz niepodległościowy, żołnierz września, sybirak, andersowiec, społecznik. Niespokojny duch, wielki wrażliwiec a jednoczenie niepoprawny romantyk. Człowiek, który osobiście doświadczył najważniejszych dziejowych wstrząsów dwudziestego wieku, opisał swoje losy w pamiętniku liczącym blisko pięćset stron. Sześćdziesiąt lat później na jego kanwie stworzyłem własną – podkreślam – historię fabularną, zamkniętą w dwóch trylogiach. Pierwsza, na którą składają się powieści Kłosy, Wdowi grosz i Jutrznia nosi tytuł „Wrzeciono Boga” i rozgrywa się w latach 1915-1939. Druga – „Żniwo Ognia”, obejmująca tomy Ciernie i osty, Ostrze sierpa i Kantyk słowika – rozpoczyna się wybuchem drugiej wojny i kontynuuje losy Teofila.

Cykl ,,Wrzeciono Boga” zamyka się między wojnami. Jak toczyły się losy Teofila od chwili, kiedy podglądał Frau Ploschke w ekstazie…

Odkrył swoją tożsamość narodową. Dowiedział się, że będąc Ślązakiem, jest jednocześnie Polakiem, co wywróciło do góry nogami jego dotychczasowy światopogląd. Lektura zbójeckich książek – Sienkiewicza i Mickiewicza – naznaczyła go piętnem Milijona. Przez następne dwie dekady Teofil postępuje jak bohater Dziadów – walczy za ojczyznę i cierpi katusze. Szabelką i słowem wyrąbuje drogę do niepodległej Polski. Płaci za to olbrzymią cenę. W żadnej pracy nie potrafi zagrzać dłużej miejsca, bo działalność niepodległościowca wymaga bycia w nieustannej gotowości. Sypie się jego życie prywatne. Dręczony obsesją walki z wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym, Teofil niemal stacza się na dno obłędu. Opamiętanie przychodzi wraz z chwilą, w której uświadamia sobie, że jego własne działania skazane są na całkowitą porażkę. Ma 33 lata kiedy odkrywa tę prawdę – znamienna liczba. Pogodzony z sobą, rozpoczyna długą i żmudną wędrówkę, która dobiegnie końca wraz z chwilą jego śmierci.

Wszystko, o czym pisze Pan w trylogii ,,Wrzeciono Boga” wydarza się na Śląsku, ale przywołując Pana słowa z wywiadu, Śląsk jest tu zaledwie sztafażem, istotnym, ale o wiele ważniejszy od Śląska jest człowiek i jego zmagania…

W tym temacie nie dodam niczego nowego. Tym, co najbardziej mnie porusza i zajmuje, są ludzkie zmagania z losem, walka człowieka z pustką, poszukiwanie sensu i prawdy, nieustanne schodzenie w głąb i przekraczanie granic, w tym tej najważniejszej – granicy własnego ja.

Na ile losy powieściowego Teofila oddają przeżycia Pana wuja?

Powieściowy Teofil kroczy śladami swego rzeczywistego odpowiednika. Porusza się po punktach naniesionych na osi jego życia, ale – jak przystało na postać fabularną – bywa, że zbacza z trasy i zagłębia się w inne rejony, gdzie przeżywa własne przygody.

Kiedy żegnamy Teofila w ,,Jutrzni”, ostatnim tomie ,,Wrzeciono Boga”, ma on 37 lat, jest mężem Klary, mieszka w Miasteczku na Śląsku i 24 sierpnia 1939 r. otrzymuje kartę mobilizacyjną…

Udaje się na dworzec, wsiada w pociąg i kieruje się do koszar 6 pułku artylerii lekkiej w Krakowie. Kilka dni później staje oko w oko z koszmarem drugiej wojny światowej, która w historii Polski i Polaków stanie się dziejową cezurą, wydarzeniem, dzielącym historię na świat przed 1 września i po 1 września 1939 roku.

Ale ,,Jutrznia” i ,,Ciernie i osty” to nie tylko dwie książki. To dwie epoki. Dla Teofila oddanie garnituru w punkcie mobilizacyjnym było rozstaniem z całym dotychczasowym życiem…

To była nie tylko formalność wymuszona sytuacją, ale symboliczny i głęboko emocjonalny akt odcięcia się od dotychczasowego życia, od swojej prywatności, od pełnionej roli społecznej. W garniturze mężczyzna szedł do ślubu, do pracy, na pogrzeb, do restauracji, w garniturze siadał do obiadu, załatwiał interesy. Garnitur symbolizował zakorzenienie w „normalnym” świecie. Zostawiając go w punkcie mobilizacyjnym, mężczyzna zostawiał nie tylko materiał i krój, lecz cały bagaż doświadczeń, chwil i sytuacji, które opisywały go jako cywila. Odtąd nie był już mężem, ojcem, synem, lekarzem czy studentem, tylko trybikiem w państwowej machinie. Zakładając mundur, mężczyzna stawał się żołnierzem, gotowym (albo i nie) oddać swoje tygodnie, miesiące i lata ojczyźnie, przełożonym, towarzyszom broni. W takiej chwili rezerwistom towarzyszyła cała gama emocji: żal, poczucie straty, lęk, ale i duma, poczucie godności czy zaszczyt.

„Ciernie i osty” rozpoczynają się od zdania: Drugiego dnia wojny ujrzałem Pegaza. Pegaz jednak nie wznosi się ku niebu, lecz spada do przydrożnego rowu. Obraz okrutnej, niezawinionej śmierci konia jest symboliczny…

Najbardziej cierpią bezbronni. Wojna nierozerwalnie łączy się z cierpieniem tych, którzy są zbyt słabi, by się bronić. Mam na myśli kobiety, dzieci, osoby starsze, chore, niepełnosprawne. Gromadząc jednak materiały do powieści, niemal na każdym kroku stykałem się ze wstrząsającymi opisami hekatomby zwierząt w czasie wojny. Ginęły w bombardowaniach, zostawiano je na pastwę losu, wypędzano z naturalnych środowisk. Przywołała Pani obraz konia… Konie ginęły na wojnie od zarania dziejów. Wczesne instrukcje ich użycia w walce znajdujemy już w starożytnej Grecji. W średniowieczu, ubrane w ciężkie zbroje, walczyły niczym pełnoprawni rycerze, ale dopiero w czasie pierwszej wojny ich los zasłużył na rzetelne udokumentowanie. Historycy szacują, że liczba końskich ofiar po wszystkich stronach pierwszej wojny wynosi 8–11 milionów. Masowo ginęły nie tylko konie. Na froncie spotykano muły, wielbłądy, osły. Psy to temat na osobny wykład. Dramatycznym przykładem może być tutaj sowiecka „armia psów przeciwpancernych”. Szkolone do wysadzania czołgów, w większości kończyły życie w strasznych męczarniach. Zwierzęta cierpią jak ludzie, ale w przeciwieństwie do ludzi, cierpią w milczeniu. Ich koszmar to jeden z najtragiczniejszych rozdziałów epoki wojny.

Łączy Pan w książce poetyckie obrazowanie z dokumentalną precyzją. Powieść wymagała dokładnego historycznego researchu?

Pozostaję wierny zasadzie, którą przyjąłem na początku mojej pisarskiej kariery – chcąc opowiadać o historii, należy najpierw opowiedzieć ją sobie. Pod tym względem „Żniwo Ognia” dało mi nieźle w kość. Raz, że o drugiej wojnie światowej powiedziano i napisano już chyba wszystko, dwa – na napisanie książki i oddanie jej do wydawnictwa miałem zaledwie pięć miesięcy. Ogrom faktów wywołał we mnie lekką panikę. Zrozumiałem, że nie starczyłoby mi życia na samo przebrnięcie przez stosy źródeł, opracowań i pamiętników. Poza tym – co zawsze podkreślam – nie ośmieliłbym się wejść w kompetencje zawodowego historyka. Zresztą nie taka jest moja rola. Moim zadaniem jest towarzyszyć bohaterom w drodze, uważnie śledzić ich poczynania i przedstawiać je z zacięciem reportażysty. Taką obrałem strategię. Nie znaczy to, że powieść nie jest rzetelnie udokumentowana i osadzona w faktach. Korzystając z okazji, chciałbym serdecznie podziękować chłopakom z forum dws.org.pl., którzy pomogli mi odtworzyć szlak bojowy Teofila tam, gdzie pojawiały się niejasności czy wątpliwości.

O bitwie pszczyńskiej powstaną książki i opracowania, z których wyłoni się mnóstwo informacji na temat jej przebiegu. (…) Wszystko to jednak jest li tylko tłem przeżyć pojedynczego uczestnika… Czy opisując wojenne doświadczenia bohatera, kierował się Pan pamiętnikiem wuja Teofila?

Odpowiedź na to pytanie kontynuuje moje wcześniejsze rozważania. Towarzysząc Teofilowi pod Pszczyną, opierałem się na jego relacji – dość szczegółowej, ale mimo wszystko subiektywnej. Aby zatem uzyskać pewien całościowy obraz tamtych wydarzeń, przeczytałem trzy książki drobiazgowo analizujące przebieg bitwy pszczyńskiej oraz kilka relacji jej naocznych świadków. I choć wszystkie mówiły o tym samym „fakcie historycznym”, diametralnie różniły się punktem widzenia i co za tym idzie treścią przekazu. Podobnie było z resztą „faktów historycznych” – bitwą kolbuszowską, przeprawą przez Dunajec, wkroczeniem Sowietów, ukraińskimi pogromami. Wtedy zrozumiałem, że człowiek ma tylko jedną parę oczu – i to jest jego jedyne „okienko” na świat.

Wojna, którą Pan przedstawia, nie jest sumą heroicznych czynów, ale raczej chaosem zdarzeń…

Taką ją widzieli ci, którzy byli jej bezpośrednimi uczestnikami. Nie propagandystami (choć tacy też się zdarzali), nie mitomanami, lecz świadkami. Jednym z takich przejmujących świadectw jest głośna książka Apoloniusza Zawilskiego „Bateria pozostała”. Jej autor – zawodowy oficer wojska polskiego i dowódca baterii – wyraźnie dostrzegał braki przygotowania polskiej armii. Co najważniejsze, książka została napisana już jesienią 1939 roku, co czyni ją jedną z najbardziej rzetelnych i przejmujących prób analizy tragizmu klęski polskiego września.

Wojna stawia człowieka przed nieznanymi wyborami. Scena, kiedy Teofil przyjmuje poród nieznanej kobiety na leśnej drodze i wadzi się z sobą jest jedną z najbardziej poruszających. Czy ta sytuacja wydarzyła się rzeczywiście?

 Zrodziła się w mojej wyobraźni, co nie znaczy, że nie mogła mieć miejsca w rzeczywistości.

Konie przebierają kopytami. Świerszcze cykają w trawie. Na niebie lśni gwiazda Enif, zwana końskim nosem… To wyrwane z tekstu książki zdania. Świat trwa, nic nie robiąc sobie z ludzkich dramatów?

Oczywiście, że tak. Człowiek nie może wieźć na raz kilku żywotów. Świadomie i prawdziwie żyje tylko tu i teraz. Wszystko, co poza tym jest iluzją – zapisem wybrakowanej i ulotnej pamięci, albo projekcją wyobrażeń, miraży zakotwiczonych w nicości. Osądy, krytyki, nagany, uprzedzenia, podejrzenia, wyrzuty, rozżalanie się nad sobą – najgroźniejszy przeciwnik człowieka. To właśnie ów rodzaj bojowania – naszego bytu podniebnego – o którym pisał Mikołaj Sęp Szarzyński. „Wrzeciono Boga” pochylało się nad koncepcją Boga-Stwórcy, który nie tyle zdeterminował, ile raczej „zaproponował” człowiekowi pewną ścieżkę życia, chcąc uczynić go kimś na kształt dzieła sztuki, kimś wartościowym, unikatowym i zarazem niepowtarzalnym. W „Żniwie Ognia” próbuję zejść o wiele głębiej... Rozważam destrukcyjną naturę człowieka, która torpeduje przejawy Bożej inicjatywy w jego życiu. Ów dramat rozgrywa się w przestrzeni podzielonego serca – serca rozdartego między wiarą a niedowiarstwem. Stąd bierze się ból istnienia – z wątpliwości związanych z postrzeganiem Boga, zawartych w odwiecznym pytaniu: czy Bóg, w którego pragnę wierzyć, któremu pragnę zawierzyć, jest dobry, zawsze dobry i tylko dobry.

Teofil ocalał z bitwy pod Kolbuszową. Idzie na wschód, szukając swojego oddziału. Nie ma nadziei, ale jest obowiązek?

Najpierw obowiązek, później determinacja, wreszcie wątpliwości, frustracja i bunt. W owych strasznych dniach września ponury obraz rzeczywistości przeczył politycznym nastrojom i czupurnym deklaracjom. Ludzie, którzy obserwowali tchórzliwe zachowanie przywódców, hojnie szafujących cudzym honorem, stawiającym opór rękami swoich obywateli, dochodzili do wniosku, że Polakom zawsze najlepiej wychodziło umieranie.

 Karol odwiązuje psa od budy, by zwierzę nie umarło z pragnienia. Zuzanna częstuje jedzeniem Teofila… W morzu zła jest dobro?

Nieodżałowany Czesław Niemen śpiewał: „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim”. Niech fragment jego piosenki posłuży za całą moją odpowiedź.

„Ciernie i osty” nie tyle opowiadają o wojnie, ile o człowieku uwikłanym w wojnę?

Nie sposób mówić o wojnie bez mówienia o człowieku. Wojna nie jest jakimś abstrakcyjnym pojęciem – wojną światów – jest konfliktem wywołanym przez człowieka przeciwko człowiekowi. Człowiek uwikłany w wojnę jest nieodmiennie zaangażowany w konflikt z drugim człowiekiem – toczymy wojny w małżeństwach, w rodzinach, w środowiskach pracy, ale przede wszystkim głęboko w sobie, w swoim umyśle i w sercu. To też jest wojna, o czym mało kto pamięta – być może najstraszniejsza ze wszystkich.

Nie ma we mnie żadnej zapalczywości. Kto wystawi osty i ciernie do walki ze mną, abym z nimi walczył? Spaliłbym je do szczętu. Niech raczej uchwyci moją siłę, aby zawrzeć ze mną pokój, a pokój ze mną uczyni. Jak ten cytat z Pisma Świętego możemy rozumieć w kontekście książki?

Nie chciałbym dokonywać tutaj pełnej egzegezy tego fragmentu, aby nie odbierać przyjemności tym czytelnikom, którzy czerpią radość z osobistego odkrywania biblijnych tropów w moich powieściach. Niemniej jednak podzielę się pewnym kluczem interpretacyjnym, który traktuję jako swoisty pomost między trylogiami. Otóż w powieści Teofil walczy nie tylko z Niemcami, Sowietami, piątymi kolumnami, komunistycznymi bandami czy ukraińskimi bojówkami. O wiele gorszym przeciwnikiem jest wróg wewnętrzny, który dokonuje w nim największych spustoszeń. Tym wrogiem są tytułowe „ciernie i osty”, zaczerpnięte z fragmentu Księgi Izajasza. W biblijnej interpretacji są symbolem niepożądanych, uciążliwych roślin, które według tekstu wyrastają na miejscu opuszczonej lub zaniedbanej winnicy. To oczywiste, że nikt nie zasiewa chwastów celowo, ich obecność jest zwykle skutkiem niedbalstwa. W ujęciu symbolicznym „ciernie” są czymś, co wyrasta z ziemi (czyli z człowieka, który jest niczym innym tylko ziemią). Nie ma w nich życia i nie wydają owocu. Raczej dławią to, co ma życie i co wydaje owoc. Są nieustannym źródłem bólu – nie można ich chwycić rękami, można je jedynie spalić ogniem. Wielu biblistów skłania się ku tezie, „ciernie i osty” oznaczają próżne myśli. W języku hebrajskim nazywano by je „wyobrażeniami”. W hebrajskiej lingwistyce jest to pojęcie, które istnieje tylko w ludzkim umyśle. Jest tym, co człowiek kształtuje, ale nie w rzeczywistym świecie, tylko mocą swojego umysłu. Nie możemy walczyć z Bogiem, strzelając w powietrze – walczymy z Bogiem tylko w naszych umysłach, w swojej wyobraźni. Robimy to, podważając naturę Stwórcy – dobrą, tylko dobrą i zawsze dobrą. Trudno się dziwić, że Bóg nie lubi wyobrażeń człowieka, skoro zagrażają winorośli symbolizującej wewnętrznego, nowonarodzonego człowieka. Motywuje Go wyłącznie ochrona winorośli. Nie ma w Nim gniewu ani zapalczywości, ale jeśli w winnicy pojawią się jakieś chwasty, Bóg z pewnością je wypleni, aby winorośl mogła rosnąć bez przeszkód. To dlatego Bóg nawołuje słowami proroka, aby każdy, kto oddaje się próżnym myślom, destrukcyjnym wyobrażeniom, zawarł z Nim pokój i polegał wyłącznie na Jego sile. Kiedy Boża moc pokona próżne myśli (czyli zdławi ludzkie ego), człowiek (winorośl) będzie żył w pokoju z Bogiem i wydawał obfite owoce.

Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na kontynuację losów Teofila Kłoska?

Cóż, pisarze zajmują się pisaniem książek, a wydawcy ich wydawaniem. To dwa orbitujące wokół siebie różne światy, które spotykają się raz na jakiś czas. Mogę tylko zapewnić, że nie próżnowałem przez te trzy lata, jakie upłynęły od ukazania się mojej ostatniej książki, hołdując starożytnej zasadzie nulla die sine Linea.

Jak rozmawialiśmy z okazji premiery „Wrzeciono Boga” był Pan nauczycielem i kompozytorem współpracującym z Teatrem Polskim w Żytomierzu. A dzisiaj?

Jak śpiewał Bogdan Łyszkiewicz w piosence „O! Ela”: „Po tamtym zostało tylko wspomnienie”. Poświęciłem się całkowicie pisaniu. Odkupuję lata, które trochę bezmyślnie oddałem. Odkrywam piękno codzienności. Spędzam mnóstwo czasu z żoną i z synami. Spaceruję. Pływam. Czytam. Słucham muzyki. Gotuję. Czerpię radość z najprostszych rzeczy. Pamiętam radę, którą Teofil usłyszał niegdyś od Józefa: „Idź za głosem serca, bo kiedy stracisz „teraz”, stracisz życie”.

 

 

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl
We use cookies
Szanowny Użytkowniku, informujemy, że serwis korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Pliki cookies są niezbędne do możliwości korzystania ze serwisu.