BEZ PLANU B Wioletty Piaseckiej już 20 kwietnia

20 kwietnia nakładem Wydawnictwa Szara Godzina ukaże się nowa powieść Wioletty Piaseckiej "Bez planu B".

 

Renata ma wspaniałą rodzinę, wciąż jednak szuka poklasku w towarzystwie i w życiu zawodowym. Ewa zaś jest singielką, która stawia na karierę w korporacji. Nie ma czasu na rodzinę, przyjaźń czy choćby przelotne romanse.|

Niespodziewanie w firmie, w której pracują, dochodzi do zmiany prezesa. Stery w korporacji i w życiu przejmują intrygi, plotki i wzajemne oskarżenia. Przyjaźń kobiet przeradza się w rywalizację, a ich wybory zaskakują. Naraz na ich drodze pojawia się… No właśnie! Co takiego wywróci życie Renaty i Ewy do góry nogami? Czy znajdą w sobie odwagę, by zmierzyć się z igraszkami losu?


Nowa, dynamiczna, pełna polotu, a jednocześnie refleksyjna powieść Wioletty Piaseckiej Bez planu B pokazuje, że trzeba zaufać życiu. To ono pisze najlepsze scenariusze. Wyrzucając nas z siodła, daje szansę na poznanie prawdy o sobie, a niekiedy na znalezienie szczęścia – czasem na innym kontynencie, a czasem we własnym domu.

Wioletta Piasecka jest absolwentką Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Mieszka w Leśniczówce Baranówce  w gminie Frombork. W 2020 r.  ukazała się jej pierwsza powieść obyczajowa dla dorosłego odbiorcy „Przyjdzie pogoda na miłość”. Pisarka ma jednak w dorobku ponad dwadzieścia książek dla dzieci, jak również  scenariuszy teatralnych, wierszy, tekstów piosenek oraz słuchowisk radiowych. W 2020 r. otrzymała stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za projekt „Zakochaj się w słowach, sięgnij po marzenia”.

Patronat nad książką objęli: Radio Olsztyn, Gazeta Olsztyńska, Portal Warmii i Mazur, Lubimy Czytać, nieczytasz.pl, Autorzy Książek w Obiektywie, Lubię i polecam polskich autorów, Książkopasja oraz Zaczytana Ewelka, Przystanek Szczęścia i Recenzje Agi.

PRZECZYTAJ FRAGMENT

I

Od narady minęło zaledwie kilka godzin, a Ewa już zdążyła uporządkować dokumenty na biurku. Na szarym blacie, na  którym zawsze piętrzyła się sterta papierów czekających na przejrzenie, teraz leżały dwie równo ułożone teczki w szarych oprawach z granatowo-czerwonym logo firmy Uroda. Dotyczyły ostatniego projektu, nad którym powinny pracować wspólnie z Renatą, ale Renata wykręcała się albo niewiedzą, albo natłokiem rodzinnych problemów, albo mnóstwem innych przeszkód.

Ewa westchnęła. Nadal zastanawiała się, co się mogło stać. Dlaczego firma, która świetnie radzi sobie na rynku, nagle, bez ostrzeżenia zwalnia pracowników. Wróciła wspomnieniami do dnia, gdy przyszła tu szukać pracy. Przyjął ją osobiście Ceglasty. Nie miał wtedy sztabu sekretarek, odźwiernych i nie nazywał siebie prezesem, tylko szefem. W większości firm nie przywiązywano wówczas wagi do budowania marki w social mediach, które dopiero się tworzyły, ale on jej zaufał, choć była dopiero co upieczoną absolwentką marketingu.

Uśmiechnęła się. Doskonale pamiętała swój pierwszy dzień w pracy. Chuda jak szkapa, z gęstą kitą jasnych włosów, w obcisłych dżinsach i w białej koszulowej bluzce przekonywała szefa, jak bardzo potrzebne jest budowanie wizerunku. Od pierwszych dni godzinami dyskutowali o wizji firmy. Kłócili się czasem, bo każde obstawało przy swoim zdaniu. Kilka lat temu, być może nawet za sprawą jej pomysłów i działań marketingowych, firma wskoczyła na wyższy poziom. Szef nazwał wówczas siebie prezesem i otoczył się murem sekretarek wyższego i niższego szczebla. Z dyrektorami działów spotykał się już tylko przy szczególnych okazjach. Szeregowi pracownicy z prezesem nie mieli do czynienia właściwie nigdy.

Teraz, po dziesięciu latach, nie brakowało na jej koncie spektakularnych sukcesów. Dawna przebojowość i spontaniczność  ustąpiły miejsca rozwadze i doświadczeniu. Nie znaczy to, że nie miała tyle zapału do pracy co dawniej. Przeciwnie. Pracę w swoim dziale uważała za sens życia, ale nauczyła się dzielić obowiązkami, choć nadal osobiście kontrolowała efekty każdego przedsięwzięcia. Kiedy trzy lata temu zarekomendowała w firmie Renatę Kowalską, przyjaciółkę ze studiów, była szczęśliwa, że ta odciąży ją przy niektórych projektach. Zdolna, bystra, wesoła, w krótkim czasie awansowała do rangi zastępczyni.

Lubiły się, choć Renata była całkowitym przeciwieństwem Ewy. Jednak od momentu awansu przyjaciółka zaczęła się zmieniać. Cechy, które uchodziły za jej zalety, wypaczyły się, stały wadami. Zrobiła się harda, pyskata, czasami agresywna, niedająca sobie w kaszę dmuchać i do tego wiecznie opowiadała o swoim fajtłapowatym mężu i nienawidzącej jej teściowej. Na szczęście okraszała swoje perypetie czarnym humorem i swoistym wdziękiem. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze im się pracowało. Ewa była mózgiem wszelkich pomysłów, natomiast Renata, choć sama nie wyrywała się do pracy, potrafiła wymusić na podwładnych skuteczne działanie. Taki podział ról odpowiadał obu kobietom. Teraz jednak ta hardość skierowana bezpośrednio na Ewę budziła w niej poirytowanie i niepokój.

 

II
Życie toczy się poza mną – stwierdziła. Gdybym dziś umarła, nikogo by to nie obeszło. Matka wyprawiłaby mi piękny pogrzeb, a braciszek uraczyłby nielicznych żałobników wzruszającą przemową. Zepsułabym święta – pomyślała z ironią i lekką satysfakcją. Uświadomiła sobie, że jest piątek. Wielki Piątek. Poczuła się nieswojo.

W Wielki Piątek wyżłopałam butelkę wina! Czy już osiągnęłam dno, czy dno dopiero przede mną? – zastanawiała się. Gdyby rodzina wiedziała! Andrzej pewnie z żalem i nieukrywanym smutkiem pouczałby, że dopadnie mnie za to kara. A matka z pewnością zaczęłaby mu wtórować. Nagle odchyliła kołdrę i zerwała się z łóżka.

– No to niech mnie spotka kara, bo właśnie idę dalej pić! – oświadczyła dość głośno, by dodać sobie wigoru.

Zapaliła lampkę nocną, wsunęła stopy w skórzane klapki, złapała leżącą na brzegu łóżka podomkę i lekko się zataczając, przeszła do aneksu kuchennego. Wyjęła z szafki butelkę wina, sięgnęła po otwieracz i szybko ją odkorkowała. Zgasiła ledowe światło pod szafkami i po omacku z butelką w jednej ręce i kieliszkiem w drugiej skierowała się do swojej przystani – ulubionego fotela przy drzwiach balkonowych. Gdy się w nim zagłębiła, początkowe uczucie buntu zmieszało się z bliżej nieokreślonym zażenowaniem. Na przekór złym myślom wypełniła kieliszek bordowym płynem. Butelkę odstawiła na podłogę i zapatrzyła się przed siebie. Szarpały nią wyrzuty sumienia, że pije.

Zabobony, ciągle te zabobony – wściekała się. Matka z Andrzejkiem wpajali mi je od lat, a ojciec im przytakiwał, czego by nie robili. Mam dość! Niech mnie spotka kara! – pomstowała. Zresztą już mnie spotkała. Praca była dla mnie wszystkim. Co więcej może mi się złego stać?

Na przekór ponurym myślom wypiła wino duszkiem. Wzdrygnęła się na taką ilość alkoholu, jednak napełniła kieliszek ponownie.

 Świtało już, gdy kompletnie pijana zatoczyła się do łóżka i zapadła natychmiast w głęboki sen. Obudziło ją oślepiające słońce. Zdziwiła się. Nigdy nie zdarzyło jej się widzieć promieni słonecznych wpadających rankiem do sypialni. Sięgnęła po telefon, by zerknąć, która jest godzina, ale leżąca na szafce nocnej komórka była rozładowana. Usiadła na łóżku i przetarła ręką czoło, nie potrafiąc zebrać myśli. W głowie jej dudniło, jakby maszerowało tam stado słoni. Do tego zbierało ją na wymioty. Przymrużyła oczy podrażniona rażącym słońcem i poczuła nieprzyjemny skurcz żołądka. Zdążyła dobiec do łazienki i chwycić się muszli klozetowej, nim z jękiem i ze wstrętem zwróciła całą treść pokarmową. Wyczerpana, nie miała siły wstać. Usiadła na terakocie imitującej drewno. Aż podskoczyła na cichy dźwięk dzwonka u drzwi. Kątem oka zarejestrowała godzinę wyświetlającą się na pralce. Dochodziła szesnasta.

Jak to możliwe, że przespałam prawie cały dzień? – zbierała myśli. Pewna, że to domokrążcy, zdecydowała się nie reagować, ale intruz nie dawał za wygraną. W myślach mieszała nieproszonego gościa z błotem, bo choć dzwonek był cichy, jej skacowany mózg każdy dźwięk odbierał niczym katusze. W końcu umilkł. Nim zdążyła odetchnąć, usłyszała energiczne pukanie i szarpanie za klamkę. To może być tylko… matka – pomyślała przerażona. Postanowiła jednak nie otwierać.

 

III
– A rób, co chcesz. Mam to w nosie! – Wyszła z kuchni, trzaskając drzwiczkami od otwartej szafki wiszącej, których Piotr nie zdążył zamknąć.

– Ciszej, obudzisz Michałka – upomniał ją, patrząc z wyrzutem.

– No i co z tego? Jutro niedziela, do przedszkola nie idzie, zdąży się wyspać! O wszystkich się martwisz, tylko nie o mnie!

– Żabciu, no co ty opowiadasz, proszę cię, skarbie, uspokój się…

Nie, nie miała zamiaru ani się uspokoić, ani dłużej go słuchać. Była to jedna z tych bezsensownych kłótni, które w ich małżeństwie wybuchały ostatnio bardzo często i o byle co. Oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę, że ich codzienność bez pomocy teściowej ległaby w gruzach. Tak naprawdę wcale nie chciała niczego zmieniać. I właśnie świadomość tego doprowadzała ją do furii, a już najbardziej nadskakiwanie męża i teściowej oraz ta ich potulność. Wkurzała się, że pozostają bezwolni wobec jej krzyków. Wolałaby ostro się pokłócić, niż patrzeć na ich zbolałe miny. Dusiła się jak dzikie zwierzę w klatce. Wyszarpnęła z szafy kremową kurtkę, energicznie włożyła kozaki na płaskim obcasie, chwyciła torebkę i wybiegła z mieszkania. Niech się martwi! – pomyślała z mściwą satysfakcją.

 Na dworze kwietniowy chłód i wiatr od morza dawały się we znaki nielicznym przechodniom. Nie wzięła szala i ręką przytrzymywała luźny kołnierz. Szła bez celu, zastanawiając się, co ma ze sobą zrobić. Dochodziła dziewiętnasta, na Niedźwiedniku życie o tej porze zamierało. Co najwyżej gdzieś zaszczekał pies na wieczornym spacerze. Naraz poczuła lekkie zaniepokojenie, bo przypomniała sobie, że po zmroku pod ich śmietnik przychodzą dziki z pobliskiego lasu.

– Dziura, a nie metropolia – mruknęła pod nosem i przyspieszyła kroku.

Zbiegła schodami w dół wprost na ulicę Słowackiego i skierowała się do centrum. Domowe sprawy natychmiast przestały ją interesować. W pierwszą od dłuższego czasu wolną sobotę zwyczajnie się nudziła. Nagromadzona od firmowych przepychanek adrenalina niemal rozsadzała ją od środka. Miała ochotę gdzieś wyjść, tym bardziej że teściowa przesiedziała u nich cały dzień, prasując, sprzątając i szykując im posiłki na niedzielę, ale Piotr nie chciał zostawić matce Michałka na głowie. Syn pokasływał, więc wspólne wyjście odpadało. Postanowiła iść pieszo do Galerii Bałtyckiej i tam trochę się pokręcić. Zjeść deser i wypić kawę między ludźmi, a nawet kupić sobie coś ładnego. Może jakąś sukienkę albo perfumy, albo efektowną bieliznę. Rozluźniła się odrobinę i nawet poweselała.

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl