Przeczytaj fragment książki "Podróże serc" - cz. 2

Kościół w Tucznej był najmłodszy na całym Podlasiu. Dzięki  wstawiennictwu hrabiny Krasińskiej zastąpił zamknięty kodeński  przybytek. Wysoką wieżę było widać z oddali, a neorenesansowy  styl z jasnymi łukowatymi oknami wzbudzał zachwyt nie tylko  miejscowych parafian. Na odpust patronki, mimo pracowitego  czasu, ściągnęły tłumy. Ksiądz Władysław Kronbach mógł być zadowolony. 

Anielka łapczywie obserwowała kobiety w czerwono‑czarnych spódnicach, haftowanych koszulach i gorsecikach z kolorowymi  chustkami na głowie. Niektóre nosiły spódnice w kraty,  a inne w tkane pasiaki. Daleko im było do cudnych Łowiczanek,  ale miały swój specyficzny urok. Dookoła ustawiono liczne stragany  i kramy. Jeden był ciekawszy od drugiego. Tam sprzedawano  płótno i materiały, tam chustki, koronki i niteczki, rękawiczki, sznury korali z laki i zwykłe szklane „dętki”, metalowe krzyże  i święte medaliki, kolczyki, broszki i szpile, do których dziewczynce  świeciły się oczy. Dalej oferowano świece i mydła z łomaskiej fabryki,  żeberkowo-krzyżowe walce z korzeni i wikliny, mniejsze pojemniki  ze słomy i trawy. Gliniane dzbany i garnki o różnych kształtach  oferował sam garncarz Rogowski z Białej i nie były to tylko  zwyczajne siwaki.  Pod małą brzózką na żerdzi zawieszono różnokolorowe wstążki,  a kramarz zachęcał też do kupna świętych obrazów, modlitewników  i świętych żywotów, a także zupełnie nie świętych opowieści  o diabłach, czarownicach oraz innych sensacjach i romansach.  Z rzadka widać było handlujących drobiem czy królikami, ale stragany  z jedzeniem oblegali ci, co przybyli do Tucznej z dalej położonych  wiosek, często pieszo, by choć raz uczestniczyć w uroczystej  ofierze. Odkąd car zawziął się na wiarę katolicką, wiele duszyczek  pozostawało bez należytej opieki, której nie mogły zapewnić cztery  parafie w powiecie, nieliczni księża rezydujący po dworach i leśne  misje przeznaczone dla trwających przy wierze unitów.

Dusza  Anielki rwała się do tych cudów, ale Joanna przedkładała uroczystości  kościelne nad świeckie.  Gdy Joanna z Anielką siedziały już we wnętrzu świątyni, mała  szepnęła do siebie:  – A jak mi nie wystarczy? – dumała, klękając w pierwszej ławie  przed Najświętszym Sakramentem, nakrytym delikatnym umbraculum.  – Chłopiec po drugiej stronie ma już glinianego kogutka  i konika na kijeczku, a dziewczynka obok ptaszka z drewna, który  składa i rozkłada skrzydełka. 

– Anielko, nie bujaj w obłokach – Joanna cicho zwróciła jej  uwagę, widząc przy okazji, że mała macha nóżkami i ma niechlujną  postawę. Anielka usłuchała i przez pewien czas powtarzała wezwania w Koronce do Przemienienia Pańskiego na wyzwolenie  Polski. Nie bardzo wiedziała, o co prosi, wraz z księdzem i zebraną  rzeszą, dlatego niebawem zaczęła się dyskretnie rozglądać. Wnętrze  kościoła było świeżo bielone i jeszcze słabo ustrojone. Na ołtarzu –  obraz świętej Anny z małą Maryją nie zajął jej dużo uwagi. Co innego  rzeźbiona droga krzyżowa i krzyżyki ze świeczkami – „zacheuszkami”,  na pamiątkę liczby apostołów i konsekracji. No i kwiaty:  najpiękniejsze z okolicznych ogrodów, łąk, i te z bibuły. Z zazdrością  spojrzała na opiekunkę, która wstała do komunii.  Ładnie odziane kobiety i najznamienitsi mężczyźni nieśli barwnie  haftowane chorągwie i dwustronne feretrony, przed którymi  dziewczynki takie jak ona sypały płatki kwiatów z wiklinowych  koszyków, a chłopcy co sił dzwonili w dzwonki. Dziewczęta przechodziły  właśnie przy krzakach przekwitłego jaśminu, zrywając  biało-suche płatki i rzucając je pod nogi. 

– Chciałabyś tak służyć na procesji? – spytała Joanna, wróciwszy  z komunii.  Anielka pokiwała dumnie głową, a gdy ostatnia ewangelia kończyła  właśnie uroczystą mszę i kobiety poszły prosić księdza o święcenie  ziół odpędzających złe moce i wywołujących miłość, mała  krzyknęła:  – Nareszcie! 

Wybiegła wnet na przykościelny plac.  Chwilę później obie panie stały już przy kolorowych paciorkach.  Wybrały piękne zwoje dla cioci Ani, w ocenie Anielki – błękitne  jak niebo, i srebrny krzyżyk z ametystem – dla ciotki Emilii.  January, służąc za tragarza, nosił w koszu wstążki, książki, dywan  we wrzosowo-kremowe pasy, drewnianego zajączka na kijku, który,  wprawiony w ruch, klaskał łapkami, komplet rzeźbionych zwierzątek  gospodarskich i gliniany gwizdek. Wsiadając do bryczki, Joanna i Anielka miały doskonały widok na jarmark i rozpoczynające  się tańce. 

– Czas wracać, moja droga – Joanna zwróciła się do małej.  – I tak staniemy na wieczór. Cała jesteś czerwona od tego biegania,  a na pewno zmęczona i głodna.  – O, tak! – jęknęła dziewczynka, opadając na miękkie siedzenie. 

– Proszę się najadać do woli – January przyniósł w drewnianych  misach smaczne i gorące pierogi nadziane twarogiem, jagodami  i gryczaną kaszą. Wiśniowy kompot zaspokoił pragnienie. Brzozowy  sok, chleb z burakiem i maślane wafle zostawili na drogę. Anielka  bawiła się nowymi zabawkami, śpiewała i nie omieszkała zadawać  pytań. Joanna cierpliwie znosiła nieustanny słowotok. 

– Co to za dziwny krzyż?  – To karawaka. Ma dwa ramiona. Postawili go mieszkańcy najbliższego  sioła, by chronił ich od epidemii czy złego losu. 

– A czemu to brzydkie drzewo tam rośnie, tak z dala od lasu,  i jest takie pochyłe? 

– Powaliła je wichura, a że kiedyś wisiała na nim kapliczka, to  nie można go ściąć. – A czy wujek Kazimierz zechce nosić fontaź*? Bo wujo zawsze  jest pod szyją rozpięty…  – Na pewno zechce, bo to prezent od ciebie. 

– A jak źle wybrałam? 

– Nie, dziecko, dobrze wybrałaś – Joanna przytuliła małą do  piersi i oba serca zabiły jakby nowym nieznanym sobie rytmem. 

– Jak dobrze jest wracać do domu… – szepnęło dziecko, nie zdając  sobie sprawy, że te proste słowa zabrzmiały w uszach Wierzbickiej  niczym muzyka. 

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl